|
Nie stać jej na futro, to się z zazdrości mądrzy; pewnie tak skomentują niektóre panie moje poniższe wywody. Może mnie i nie stać, lecz nawet gdybym kiedyś wreszcie wygrała w totolotka, z pewnością ani grosza nie przeznaczę na zakup futra, choćby z mysich ogonów. Z wielką przykrością obserwuję, iż pomimo międzynarodowych akcji z udziałem gwiazd i vipów, nawołujących do bojkotu naturalnych futer, większość projektantów mody ignoruje te apele. Przecież najważniejsza jest kasa. Ona sankcjonuje niehumanitarne hodowle i bezwzględne polowania, usprawiedliwia zabijanie pałkami małych foczek i zarzynanie trzydniowych jagniąt.
Z tych miękkich, cudownych futerek, które tak pięknie wyglądały na ich prawowitych właścicielach, powstają płaszcze i kurtki dla omamionych reklamą niewiast, pretendujących do miana dam, gdyż w obecnej dobie nikt już chyba nie śmie twierdzić, że futro ubiera się po to, by nie zmarznąć (no chyba że się jest Eskimosem odciętym od zdobyczy cywilizacji). Jakże żałosny w tym wszystkim jest fakt, że 99,9% kobiet noszących futra, wygląda w nich niezgrabnie i grubo. Lecz jeśli „grubo” ma znaczyć „dostatnio i bogato”, to owszem, pod tym względem ich oczekiwania zostają spełnione.
Nie wiem, czy potrzeba epatowania futrem wynika z chęci podkreślenia swego statusu majątkowego lub społecznego, czy ma służyć podbudowaniu własnego ego. Dość żałośnie prezentuje się pani w wypasionych lisach tłocząca się w przepełnionym autobusie. Jeśli prowadzi samochód, futro raczej jej tego nie ułatwia. No i chyba ciut w nim za ciepło?Szkoda, że żadna z owych miłośniczek futer nie posiada na tyle wyobraźni, by policzyć sobie, ile żywych istnień zostało unicestwionych, obdartych ze skóry, a potem zszytych, aby ona mogła się wystroić. Najbardziej jednak zadziwia mnie pewna sprzeczność – otóż w futra ubierają się również osoby deklarujące wielką miłość do zwierząt. Jedna ze znanych aktorek, posiadaczka i, jak twierdzi, miłośniczka kotów, w wydanej niedawno książce napisała, że nie uznaje sztucznych futer. Pewna znajoma wegetarianka odpytywała kelnera w restauracji, czy aby na jej talerz nie dostała się przez przeoczenie jakaś skwarka, po czym w szatni oszołomiła mnie futrem z norek do samej ziemi. Nie będę tu przytaczać wymiany argumentów, jaka między nami nastąpiła, gdyż poniosłam całkowitą klęskę. Mięso nie, futro tak – ot, i cała „filozofia”!Jestem osobą niezmotoryzowaną, a więc w sezonie zimowym bezustannie narażoną na bezpośredni kontakt z nieszczęsnymi zwłokami zwierząt futerkowych, przerobionymi na przyodziewek części moich współpasażerek. Ponad wszystko nie cierpię konfrontacji z kołnierzem z lisa, zwłaszcza jeśli ma główkę i nogi. Patrzy na mnie szklanymi oczami i mam wrażenie, że są pełne żalu do ludzkiego gatunku. Ostatnio sprawiłam sobie liska-antidotum, zrobionego na drutach z wełny. Paraduję w nim po ulicach i ochoczo podsuwam się pod nos moim konkurentkom w ich ohydnych totemicznych kołnierzach. Może się zawstydzą? Ale chyba to optymizm nieco na wyrost. Na koniec udzielę rady elegantkom, co to twierdzą, że NAPRAWDĘ kochają koty, ale życie bez futra to nie życie. Drogie panie, wystarczy udać się na najbliższy targ lub bazar. Można tam całkiem niedrogo nabyć absolutnie autentyczne futra przywożone przez przybyszów ze wschodu. Są to futra z waszych ulubieńców, kotów domowych.Jak to dobrze, że zima się kończy! A molom życzę smacznego. Tekst i foto: Maryla Weiss KOT nr 4/2009 |